Stanisława Rachwałowa Bohaterka VII edycji Tropem Wilczym

Stanisława Rachwałowa - kobieta, której człowieczeństwa nie złamały najbardziej nieludzkie sytuacje to Bohaterka VII edycji Tropem Wilczym - Biegu Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Możesz pobiec z jej wizerunkiem na koszulce i tym samym najpiękniej o Niej pamiętać.

Siedziała na pryczy oparta o ścianę. Myślała o córkach. Że od tylu lat choć tęskni i kocha tak, że serce bije jak szalone - nie może ich wspierać. Te same myśli, ta sama bezradna troska towarzyszyła jej w kolejnych obozach koncentracyjnych, w aresztach śledczych gestapo, gdzie bardziej niż brutalne przesłuchanie bolał strach o córki. W tym strachu o nie była sama. Męża, polskiego oficera zabrali na początku wojny sowieci.
Realia podpowiadały, że ludzie z tych wywózek nie wracają ale nadzieja uruchamiała obrazy, że on wraca, że rodzina jest znowu razem, że jest dom, ręce nie są posiniaczone, nikt nie krzyczy, że jest ciepło, stół i posiłek...
Czym karmi się taka nadzieja kiedy od lat zamieniają się tylko druty ogrodzenia na kraty w oknach a za lata bohaterskiej, niezłomnej postawy i walki dla Polski, o Polskę w podziękowaniu czeka wypisany już wyrok śmierci? Jakie zasady jeszcze obowiązują, skoro cały porządek świata został odwrócony tam w obozach koncentracyjnych ale jeszcze bardziej tu, w jej wolnej nareszcie ojczyźnie, której była wiernym żołnierzem? Jakie zasady obowiązują, gdy nie ma zasad? Jakie prawo, kiedy dzieje się bezprawie?
W celi obok, może też oparta o ścianę siedziała jej prześladowczyni, pracownik obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Niemka. Maria Mandel. Też z wyrokiem śmierci. Ona - więźniarka obozu i ta druga - jej kat. Za każdy dzień ostatnich kilkunastu lat który sprawdzał jej patriotyzm, człowieczeństwo, bezgranicze służby dla innych i za to co zrobiła Mandel, tysiącom kobiet i dzieciom w tym tych nowo narodzonych wysłanych do komór gazowych, a nawet żywcem do pieca dostały tu w powojennym więzieniu te same wyroki. A na ich wykonanie czekały w takich samych celach, jedząc to samo parszywe jedzenie w niedomytych miskach.
Wszystkim dźwięczał w uszach ten chichot losu który karę i nagrodę wymierzył identycznie.
Czemu więc nie poigrać z losem jeszcze bardziej, czemu nie rzucić na siebie odwiecznych wrogów, którzy mają tyle rachunków do wyrównania, do oddania, do zemsty?
Strażnicy postanowili zabawić się.
Do łaźni zaprowadzili tylko te dwie kobiety. Niech stoczą dziką, śmiertelną walkę w emocjach skazańców, którzy mają ostatnia szansę aby dać im sprawiedliwy upust. Byli ciekawi jak będą walczyć ze sobą, jak wygląda odwrócona sytuacja, kiedy kat już nie ma broni ani praw i jest rzucony na pastwę wczorajszej ofiary? Kto kogo zabije? Kto kogo bardziej nienawidzi...?
Stanęły naprzeciw siebie. Obie bezbronne, wycieńczone piekłem w którym znalazły się bo jedna chciała czynić dobro a druga zło. Obie bez szans. Jeszcze żywe. Ale przecież wyrok już zapadł.
Mendel rzuciła się byłej więźniarce do nóg. Rozpłakała się. Przebacz mi - wyszlochała. Nie prosiła, żeby nie bić, nie złorzeczyła, nie miała w sobie żadnej agresji. Patrząc na tą, której zrobiła tyle krzywd - błagała o przebaczenie. Przebaczam ci- odpowiedziała kobieta.
Skupieni za drzwiami łaźni strażnicy nie rozumieli co się stało. Dwie kobiety w nieludzkim miejscu. Psychopatyczna bestia i prawy człowiek. I wygrało najpiękniejsze, przebaczające, wymykające się wszelkim intrygom zła człowieczeństwo.
Mandel na drugi dzień stracono. Bestia dostała przebaczenie.

Kapitan Jerzy Stawski jeden z Bohaterów VII edycji

Kapitan Jerzy Stawski jest jednym z Bohaterów VII edycji Biegu Tropem Wilczym. Możecie pobiec z Jego podobizną na koszulce.Cześć i Chwała Bohaterom!
 
Warto przeczytać:
 
Przełom 44/45 roku. Gmina Korbiele Wilekie. Niemcy wycofywali się na zachód. Radzieckie wojska parły na Berlin. Spotkanie było nieuniknione. Ale Rosjanie wcale nie ścigali Niemców. Kiedy przejeżdżali przez wieś zatrzymywali się tylko żeby... A świtem wyjeżdżali dalej. Niemcy w tym czasie chowali się w lesie. Partyzanci też ich nie ścigali. Choć wydawałoby się, że obecność Rosjan skłoni ich do zdecydowanej walki z okupantem. Nie było takiej potrzeby. Mróz sięgał minus 30 stopni. Z pozbawionymi schronienia, paliwa Niemcami walczyła polska zima.
Rankiem dwóch braci, Jurek i Janusz, żołnierzy podziemia z oddziału Warszyca wzięli porzucony z niemieckiego taboru wóz i jadąc lasem zbierali niemiecką broń, wyciągając ją z rąk zamarzniętych Niemców, którzy chowali się pod gałęziami w pochopnie wykopywanych kryjówkach. Nagle Jerzy zobaczył stanowisko z karabinem maszynowym. O takim marzył całą wojnę!
Karabin lśnił dostojnie w słońcu na tle sino białej choiny. Podszedł i wyciągnął po niego ręce i. wtedy zza choiny znienacka wyszedł niemiecki oficer. Równie siny co to ośnieżone drzewko. Chwilę patrzyli sobie w oczy, oceniali to, co każdy z nich mógłby mieć w kieszeni, rękawie. Nóż? Krótka broń? Uzbrojeni towarzysze za drzewami? Karabin -powiedział Jurek. Niemiec rzucił mu go pod nogi. W oczach miał butę człowieka, który i tak wie, że wyrok na niego zapadł. Że śmierć przyszła nieuchronnie.Zastrzeli go jego karabinem czy wyciągnie pistolet? Jerzy schylił się po rzucony automat. Zapakowali go na wóz, pełen broni i... odjechali. Nie mieli rozkazu brać jeńców ani zabijać ich.
Zamaskowali zdobycz gałęziami. W cywilnych ubraniach wyglądali jak chłopi, którzy nazbierali chrustu na spory zapas. Dzień i noc i kolejny dzień konserwowali broń szuwaksem do butów. W stodole, w domu. Tajemnicą chowaną przed wszystkimi. Oni nie mieli sprzymierzeńców. Oni mieli wyroki wypisane przez wszystkich. Niemców, Rosjan, nadchodzącą nową władzę... Dlatego bardzo potrzebowali tej broni. Oni i dziesiątki innych żołnierzy polskiego podziemia, którzy nie wiedzieli kto zdobył dla nich tą szmuglowaną nocami z dzwonnicy kościoła. Ale łączyło ich jedno. Wszyscy byli niemiłosiernie upaprani niemieckim szuwaksem do butów.
Kapitan Jerzy Stawski, młody żołnierz który tamtego mroźnego ranka patrzył w oczy niemieckiemu oficerowi żyje do dzisiaj. W Łodzi.
 

Strony